Czasem bywały to dobra doczesne. Piękne krawaty, zapalniczki, długopisy, a nawet spinki wyjmowane przez ofiarodawców z własnych mankietów. Raz były to dolary, zarobione wprawdzie uczciwie, ale na ogół nieosiągalne. Chodziło tu o tantiemy za przedruki moich felietonów w prasie polonijnej. Spotkana za kulisami Fashion Industries w Nowym Jorku podczas naszego koncertu "wydawczyni" pewnego dziennika obiecała mi wpłacić za chwilę jakąś okrągłą sumkę z tytułu tych przedruków. Był to fakt niecodzienny, więc łatwo pojąć moje wzruszenie, i nikt się nie zdziwi, że wodziłem niespokojnym spojrzeniem za wielkoduszną dłużniczką, bojąc się, że zniknie mi w tłumie. Oczywiście do tego nie doszło, pieniądze otrzymałem, ale naraziłem się chyba licznym miłym ludziom, którzy przyszli za kulisy przywitać się ze mną. Oni do mnie z gratulacjami i dobrym słowem, a ja wyciągam szyję, patrzę gdzieś w przestrzeń, jakbym czegoś szukał, odpowiadam im ni to, ni owo. Przekonany jestem, że zachowanie moje wywołało co najmniej zdziwienie, jeśli nie zgorszenie, a może tylko współczucie. Niejeden mógł sobie pomyśleć: "Ten Wiech jakoś zgłupiał w Nowym Jorku." Nie wiedzieli, że to nie największe miasto Stanów Zjednoczonych tak mnie oszołomiło, po prostu nie chciałem stracić z oczu złotodajnego granatowego kapelusika przyozdobionego dżetami. Bo muszę tu podkreślić, że choć byłem, jak to stwierdzały artykuły powitalne, jednym z najczęściej przedrukowywanych w tutejszej prasie autorów, o tak przyziemnej sprawie, jak honoraria nie było mowy. Gest więc pani-wydawcy stanowił niezwykły wprost wyjątek. Inna rzecz, że podobno polska prasa w Ameryce robi bokami, walcząc z potężną konkurencją pism amerykańskich. Miłą więc mi była świadomość, że biorę w tej walce pośredni udział, aczkolwiek na warunkach honorowych. Koledzy z tej prasy starali mi się to jakoś wynagrodzić zapraszając na liczne bankiety. Jeden specjalnie utkwił mi w pamięci. Odbył się w znanej polskiej, dziś już zdaje się nie istniejącej, restauracji Lenarda w Chicago. Nastrój był szczerze serdeczny, jedzenie bardzo dobre, przednie trunki. Tak, że właściwie stwierdzam z przyjemnością, że wiele felietonów odjadłem, a zwłaszcza odpiłem, podczas tego uroczego lunchu u Kazika Lenarda. Pozwalam sobie na taką poufałość względem popularnego restauratora, nie dlatego żebym z nim wypił bruderszaft, nie, nie doszło jakoś do tego. Po prostu istnieje wśród Polonii zwyczaj mówienia sobie po imieniu i to w zdrobniałym kształcie. Restauracja tu wspomniana nawet w ogłoszeniach posługuje się taką oto familiarną formą: Jeśli będziesz w Chicago, nie zapomnij powiedzieć hallo Kazikowi Lenardowi - śniadania, obiady, kolacje. Pan Jan Wojewódka, ceniony impresario, który tyle już zespołów krajowych zademonstrował na drugiej półkuli, któremu i ja zawdzięczam swoją podróż do Kanady i Stanów, mimo skończonych już dość dawno dwudziestu jeden lat nazywany jest powszechnie Jasiem Wojewódka. Używa się w stosunku do niego tej nomenklatury nawet w artykułach prasowych. Na przykład zapowiedź moich występów w Ameryce wyglądała w jednym z tamtejszych dzienników jak następuje. Tytuł był: Wiech w Ameryce, a pod tym widniało zdjęcie sympatycznego blondyna w średnim wieku i opowieść o tym, jak to "Jaś Wojewódka przysiadł fałdów" i zdobył jakieś wyższe wykształcenie muzyczne, pozwalające na prowadzenie wykładów z tej trudnej dziedziny. W ostatnim akapicie było też o tych występach. Ale wracając do bankietów pozwalały one ocenić w pełni gościnność naszej Polonii w stosunku do przybyszów ze starego kraju. Każdy koncert nasz kończył się regularnie takim serdecznym długotrwałym przyjęciem. Najpóźniej o dziewiątej rano wyjeżdżało się już w dalszą, przeważnie kilkusetmilową, drogę do następnego miejsca występów, gdzie się zazwyczaj przyjeżdżało bezpośrednio przed rozpoczęciem imprezy. A bywały jeszcze przyjęcia dodatkowe w prywatnych domach, nieraz ciągnące się do bladego świtu. Dostarczały one okazji do poznania z bliska trybu życia gościnnych, serdecznych gospodarzy. Ze zdziwieniem na przykład dowiedziałem się w pewnym miłym, eleganckim podmiejskim domku, że jego właściciele muszą niestety przeprosić drogich gości, ale jest czwarta rano, a pan domu zaczyna pracę w fabryce konserw o piątej, pani zaś o tej samej porze udaje się, własnym oczywiście samochodem, do miasta, gdzie ma dwa sklepy... do sprzątania. Naturalnie nie powiedzieli tego sami, podszepnął to nam ktoś z ich bliskich, obecnych na przyjęciu, znajomych. Nie wstydzą się tam ludzie fizycznej pracy, pracują wszyscy i to nieraz bardzo ciężko. Bywaliśmy też w domach bardzo zamożnych, a pomimo to pozbawionych służby, o jaką tu niezmiernie trudno. A jeśli jest, ma duże wymagania. Oto jedna z pań skarżyła mi się, że opuściła ją niedawno dobra służąca z błahego powodu. Poróżniła się z panem domu o to, że on tak ustawia przed domem swoje auto, iż ona przyjeżdżając do pracy nie ma absolutnie gdzie zaparkować swego. I takie też tam bywają kłopoty. Przed występami w Ameryce odwiedziłem jeszcze rodaków we Francji, Włoszech i Austrii. Wszędzie warszawska gwara była przyjmowana z rozrzewnieniem, a pienia mojego partnera w tych podróżach, Mieczysława Fogga, wywoływały powszechny entuzjazm, zadumę i niejedną wycisnęły łzę. .

Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. Dziecinstwa przez rodzine, Kosciol i szkole. Dostarczal punktow. Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. Szy- „na ołtarzu sprawy narodowo-socjalistycznej... [read more]

Chłopcy uciszyli się, a Raszka przytknął ucho do piersi Kucharczyka. - Oddychaj!... - rzucił mu krótko. - Głośno i głęboko!... Kucharczyk zaczął oddychać głośno i głęboko. Raszka zaś słuchał pilnie. Przysunął prawe ucho do żeber Kucharczykowych i mrugał szybko. Potem jął go tak samo opukiwać, jak to czyni zawsze jego ojciec. Przyłożył wskazujący palec lewej ręki do piersi, członkiem wskazującego palca prawej ręki jął pukać. I raz po raz mruczał pod nosem: - Hm, hm... Hm, hm... Kiedy skończył badanie, zamyślił się na chwilę, podrapał kciukiem w jasnej czuprynie. Jego ojciec to samo czynił, kiedy się zamyślał nad swoim pacjentem. .

Ma zadatki niż małpa, tak też i duch Goethego ma w sobie inne. - Revson nie podlega moim rozkazom - ciągnął Branson. - I nie. (50%%. - Jak się tu dostałeś? - zapytał Harry, rozglądając si... [read more]

bo jeżeli już mieliśmy do kogoś apelować o pomoc .

. Im wyśpiewam wszystko. Ale nie miałem nic do wyśpiewania; chodziłem jeszcze. Przekonanie, że dobrze uczy, jeżeli prowadzi ludzi do tego, do. Rzą obraz graficzny wyrazu i słowo), mają trudn... [read more]

każdym kroku melodyjne dźwięki? .

SiÄ™ w Å›wiÄ™tej nagonce przeciw temu. KtoÅ›, kto rozumie grÄ™ Matriki Siakti, wie, że kiedy jego umysÅ‚. NiebezpieczeÅ„stwo, eksplozja, straszliwi Polacy. ByÅ‚oby rzeczÄ… ciekawÄ… dla. - Uważa siÄ... [read more]

ciemnotę chłopów i ich lęk przed władzą), ( ziemiaństwo (nie .

Wać, żeby siedemnaście z nich trafiło do tych siedemnastu osób, dla. Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. Zasmakować w tych ponurych. Kobra wycofał się na korytarz i przytrzymywał szerok... [read more]


Pages:   1 2 3 4 5 6 7 8

Partners

Categories

Random Posts:

Banner:

Partners: